Music

wtorek, 8 sierpnia 2017

Małżeństwo po Szkocku 16.Plany

Powróciłem do biblioteki po dokumenty i ukryłem je w kieszeni surduta. Upomniałem jeszcze Smithersa, który pomagał mi się ubrać, by miał oczy szeroko otwarte i nie dopuścił do kolejnych kłopotów, które zdawały się wprost kochać Sakure. Kamerdyner skłonił się i zamknął za mną drzwi.
Jechałem szybko, ale nie tak, jak w czasie poprzedniej podróży, wręcz pościgu. Chciałem jak najprędzej sfinalizować sprawę, by powrócić do różowo włosej. Miałem też swoje plany. Zdążyłem już przekazać wiadomość Castlereaghowi, że przez tydzień lub dwa będę nieosiągalny z uwagi na nie cierpiące zwłoki i bardzo ważne sprawy rodzinne. Ponadto wysłałem wiadomość do swej gospodyni w Hatake Hall. Wiedziałem, że zdziwią ją instrukcje, ale byłem pewien, że wypełni je skrupulatnie. Może tylko staną się przedmiotem plotek służby. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że niewiele da się przed ludźmi ukryć i z pewnością wszyscy już wiedzą, że moja żona nie dzieli ze mną łoża. To zapewne od początku stanowiło temat przeróżnych, niekiedy pewnie słusznych, spekulacji.
W porcie przekonałem się, że mój jacht jest w pełnej gotowości do podróży. Kapitan nawet słowem nie wspomniał, że czeka już od dwóch dni.
— Postaraj się popłynąć tak szybko, jak to możliwe — powiedziałem do niego, wchodząc na pokład. — W Londynie zostawiłem sprawę nie cierpiącą zwłoki i zależy mi na szybkim powrocie.
Kapitan skłonił się i poszedł wydać rozkazy, a ja odetchnąłem w końcu świeżym, morskim powietrzem z niecierpliwością wyczekując powrotu.

###

Nadzorowałam właśnie pakowanie swych licznych sukni, gdy usłyszałam jak w holu Smithers wita Hatake. Rzuciłam wszystko i zbiegłam po schodach. Lekko zdyszana powitałam go, a uśmiech sam wypłynął na moją twarz. Kakashi wcisnął kamerdynerowi kapelusz i płaszcz, po czym pochwycił moje dłonie.
— Mam nadzieję, że tym razem obeszło się bez przygód.
— Tak, mój panie — odpowiedziałam skromnie i pozwoliłam mu zaprowadzić się do biblioteki. Przekręciłam lekko głowę w niemym pytaniu, na co Hatake tylko potrząsnął swoją i roześmiał się pod nosem. Nieco pewniejsza, widząc jego dobry humor, kontynuowałam: — Interesuje mnie pańska podróż do Francji. Czy spotkał się pan z ambasadorem? Czy wszystko poszło gładko? — Nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęłam zarzucać go coraz to nowymi pytaniami.
— Ambasador żartował sobie z powodu mego spóźnienia. Podejrzewał, że przykro mi było porzucać młodą żonę! — Początkowo zakłopotana jego słowami, roześmiałam się jednak niepewnie.
— Co on tam wie.
 Zamyśliłam się. Jak bardzo Hatake zmienił się od czasu naszego małżeństwa, które wydawało się być skazane na fiasko. Zniknęła jego początkowa powaga, chłód i denerwujące maniery. Od niedawna śmiał się coraz częściej, przynajmniej w mojej obecności i wszystko wokół go bawiło.
— Kiedy będziesz gotowa do wyjazdu? — zapytał przypatrując mi się, z niecodziennym i nieco dziwnym, jak na niego zapałem w oczach.
— Za godzinę — rzekłam, mając świadomość, że moje oczy musiały błyszczeć z podniecenia. — Mam tyle sukni, że nie bardzo wiem, które ze sobą zabrać.
— Mogę ci w tym pomóc. Jednej jeszcze w ogóle nie nosiłaś, tej z białego tiulu wyszywanej drobnymi perełkami. Chciałbym cię w niej zobaczyć.
— Jakim cudem potrafi pan spamiętać wszystkie moje suknie? — Zaśmiałam się, od razu zapisując w głowie, aby ją spakować.
— Zapominasz, że mam w tej sprawie pewne doświadczenie, choć muszę przyznać, że od czasu naszego małżeństwa udało ci się położyć kres mojej działalności w tych aspektach — powiedział to tak, jakby wcale nie był niezadowolony z takiego obrotu spraw.
Zarumieniłam się, przypominając sobie, jak pozbyłam się mademoiselle Fanchot, ale co z innymi? Wyglądało na to, że i one należały do przeszłości, co niezmiernie mnie cieszyło. Co prawda nie byłam tego pewna, a bałam się zapytać, więc uchwyciłam się tej nadziei, jak ostatniej deski ratunku. Jeśli nie miał teraz kochanki, musiało to oznaczać tylko jedno. Nie śmiałam jednak w to wierzyć.
Dzięki wspaniałym zdolnościom organizatorskim mego męża, z Hatake House wyjechaliśmy z niewielkim opóźnieniem. Nigdy jeszcze nie podróżowałam z taką pompą i w tak pięknej sukni. Ciemnozielony strój był nienagannie skrojony i musiałam przyznać, że bardzo twarzowy. Zauważyłam z jaką aprobatą spojrzał na mnie Kakashi, co wprawiło mnie w jeszcze lepszy nastrój. Dzień był piękny, nadzwyczaj ciepły i słoneczny, dystans niewielki, toteż Hatake zdecydował się na podróż kariolką. Z przyjemnością obserwowałam, z jaką wprawą prowadzi konie przez zatłoczone ulice Londynu. Za nami jechał powóz, wiozący bagaże, moją pokojówkę, oraz lokaja Hatake. Orszak zmykał jadący z tyłu chłopak stajenny.
Gdy tak mijaliśmy inne powozy i kupców, pomyślałam o zmianach, które zaszły w moim życiu w ciągu tych ostatnich kilku tygodni. Jak szczęśliwi byliby moi rodzice, widząc mnie w tak korzystnej sytuacji. Gdyby tylko żyli. Zagryzłam wargę, by się nie rozpłakać.
— Czy coś się stało? — zapytał Hatake nagle, co uświadomiło mi, ze musiał mi się przyglądać.
— Och, nie. Nie mogę się jedynie doczekać końca podróży. Zastanawiam się, jakie jest Hatake Hall.
— To mój dom rodzinny — odpowiedział. — Tam dorastałem i chociaż nie miałem rodzeństwa, nigdy się nie nudziłem. Mięliśmy dużo koni i pokaźną sforę psów. Są tam idealne tereny łowieckie i polowanie stało się moim ulubionym sportem. Mój guwerner nauczył mnie nawet sztuki pływania. — Dodał to po krótkiej przerwie, jakby prowokacyjnie, ale szybko stwierdziłam, że to tylko moja wyobraźnia.
— Jakie to miłe — szepnęłam w odpowiedzi.
Usiłowałam to sobie wyobrazić, gdy nagle mały chłopiec wypadł na ulicę tuż przed konie. Nie zdążyłam krzyknąć, Hatake już ściągał wodze, jednak chłopiec znalazł się pod kopytami.

###

Nim kariolka się zatrzymała, Sakura wyskoczyła z niej i uklękła przy dziecku. Było nieprzytomne, lecz nie widać było ani śladu krwi. Bardzo chudy chłopczyk, sama skóra i kości, zauważyłem to od razu. Sakura zresztą również. Był bardzo brudny, a jego ubranie było w strzępach, ale to nie przeszkodziło mojej żonie, położyć jego głowy na swych kolanach. Podszedłem do niej. Posłała mi błagalne spojrzenie, które zinterpretowałem jako prośbę o pomoc. Pochyliłem się i wziąłem w swe palce chudą dłoń dziecka.
— Nic mu nie jest. To tylko chwilowe omdlenie — zapewniłem. Zdawałem sobie sprawę, że zbierał się wokół nas tłum. Słyszałem wściekły ryk sprzedawcy, który oskarżał chłopca o kradzież jabłka i żądał przykładnego ukarania. Rzeczywiście, chłopak ściskał nadal owoc mocno w dłoni. Rzuciłem sklepikarzowi złotą monetę, a ten wycofał się zadowolony, nisko się kłaniając.
W tym czasie dzieciak doszedł do siebie i na nasz widok, zaczął trząść się ze strachu.
— Rany, przepraszam — powiedział, usiłując się podnieść.
— Gdzie mieszkasz? — spytałem pomagając mu wstać.
Chłopak rozglądał się nerwowo, szukając prawdopodobnie drogi ucieczki, ale nie rozluźniłem uścisku.
— Nigdzie nie mieszkam. Śpię tam, gdzie mi się uda — wymamrotał.
— I kradniesz to, co ci się uda, co? — zaatakowałem, może nieco zbyt agresywnie. Bezdomni byli palącym problemem Anglii i miąłem nadzieję, że uda mi się zainteresować nim Castlereagha.
— Czy nic nie da się zrobić? — spytała błagalnie Sakura.
— Z pewnością jest jakaś parafia, która by cię przyjęła — powiedziałem, przeszywając urwisa ostrym spojrzeniem.
— Tam mnie nie chcą, bo brak im jedzenia dla tych, co już są — poinformował mnie dość trzeźwo jak na dzieciaka.
— Kto ją prowadzi? — Sakura nie odpuszczała.
Chłopiec potrząsnął głową. Nie miał pojęcia. Za to ja wiedziałem, że nietrudno było znaleźć odpowiedź na to pytanie.
Powóz, który właśnie nadjechał, zatrzymał się na widok blokującej drogi kariolki. Stangret oddał lejce chłopcu stajennemu i podszedł do mnie. Z ulgą przyjąłem jego pojawienie się.
— Sprawdź, kto zarządza tą parafią i gdzie mieści się kościół — poleciłem.
— Parafią?
Nie raczyłem odpowiedzieć, wskazując jedynie na sklepy. Nie chciałem puścić chłopca, dopóki nie otrzymam odpowiedzi. Robiłem to wszystko ze względu na Sakurę. Zauważyłem jej niepokój i wzruszyła mnie jej troska o innych.
Po minucie stangret wrócił z informacją, że pastorem niewielkiego kościółka mieszczącego się nieopodal był wielebny Blake.
— Świetnie, odwiedźmy go — stwierdziłem, a Sakura przystała na to. Stangret stał niezdecydowany, póki mu nie podziękowałem i nie kazałem ruszyć w dalszą podróż.
— Tak jest, milordzie — odpowiedział i powrócił do powozu.
— No to wskakuj — zwróciłem się do chłopca. — Pojedziemy zobaczyć się z wielebnym Blake’em.
Chłopak popatrzył na mnie z przerażeniem, jakby nie był pewien, czy dobrze usłyszał. Sakura wsiadła do kariolki, pozostawiając miejsce dla chłopaka. Ledwo się mieściła ale nie narzekała. Przyglądając się jej spokojnej twarzy, zastanawiałem się, ile kobiet z towarzyskiej śmietanki zareagowałoby tak jak ona. Nie było drugiej takiej.
Chłopak kręcił się, przestraszony sytuacją, w jakiej się znalazł. Nie wiedział przecież, co go czeka.
Skręciłem w następną przecznicę, rozglądając się uważnie. Nie miałem pojęcia, gdzie znajduje się kościół, jednak wkrótce zauważyłem nieco zaniedbany budynek. Zatrzymałem konie przed frontem i przyjrzałem się zniszczonej, proszącej się o remont fasadzie. Mała drewniana tablica informowała, że to kościół anglikański i że jego pastorem jest wielebny Blake. Do kościoła przylegały budynki, które sprawiały wrażenie, jakby mogły się rozpaść przy byle silniejszym podmuchu wiatru.
Nie puszczając chłopca, wysiadłem z kariolki.
— Czy dasz sobie radę? — zapytałem zielono okiej.
Przytaknęła skinieniem głowy i z wdziękiem wysiadła, poprawiając nieco pogniecioną suknię. Obrzuciła ją ponurym spojrzeniem, ale widocznie postanowiła zignorować swój wygląd dla dobra sprawy.
Weszliśmy do kościoła i odnaleźliśmy pastora w zakrystii. Jego pomarszczoną twarz rozjaśnił uśmiech. Podszedł do nas wolno. Cały jego wizerunek świadczył o zaawansowanym wieku.
— Czym mogę służyć? — zapytał, spoglądając z zaciekawieniem na obdartusa.
— Powiedziano mi, że pan kieruje tą parafią.
— Tak, służę tu od wielu lat. Niestety mamy sporo ludzi, a niewiele pieniędzy. Robię, co mogę dla tych nieszczęśliwych dzieci — powiedział, nie odrywając wzroku od wyrywającego się chłopca.
— Czy znalazłoby się miejsce jeszcze dla tego jednego? — zapytałem.
— Nie wystarcza jedzenia dla tych którzy już tu są. Jesteśmy w beznadziejnej sytuacji. Nie stać nas na wyżywienie jeszcze jednej osoby — powiedział rozkładając bezradnie ręce, za to ja zauważyłem bruzdę na czole Sakury i łzy w jej oczach.
— Jeśli wyposażymy przytułek tak, by starczyło dla wszystkich, czy przyjmie pan tego chłopca? — zapytałem. Z zadowoleniem zauważyłem, jak rozpogadza się twarz różowo włosej.
— Milordzie, jeśli uczyni pan to, uratuje pan wiele istnień ludzkich. — Spojrzenie pastora również się zmieniło. Można było dostrzec łzy w jego oczach. — Oczywiście, że wtedy chętnie przyjmę chłopaka. — Zwrócił się teraz do niego. — Jak masz na imię?
Ten nie spieszył się z odpowiedzią, ale czując uścisk mojej dłoni, wymamrotał:
— Jem. Jem i już — dodał widząc nasze pytające spojrzenia.
— Tak, rozumiem — odpowiedział ciepło pastor. — Co powiesz na miejsce do spania i tyle jedzenia ile zdoła pomieścić twój brzuch?
Chłopka skierował na mnie pytający wzrok, więc przytaknąłem ruchem głowy. Jem oblizał wargi.
— Naprawdę? Nie żartuje pan? — Najwyraźniej nie wiedział, czy może wierzyć, czy też było to tylko takie pańskie gadanie. Sakura wyraźnie się wzruszyła i wzięła go za rękę.
— Kiedy lord Hatake obiecuje coś, zawsze dotrzymuje słowa. Możesz śmiało liczyć na to, że starczy ci jedzenia.
Twarz chłopca rozjaśniło coś, co można by uznać za uśmiech.
— Dobra — zgodził się, ale po krótkim namyśle dodał, wietrząc jakiś podstęp: — A co mam za to zrobić?
— Po pierwsze, przestaniesz kraść — odpowiedział mu roześmiany pastor. Chłopak rozbawił nas wszystkich. — Po drugie, dostosujesz się do niektórych zasad obowiązujących w tym domu. Nie będziesz się bić i pomożesz nam w pracach domowych. To chyba niewiele w zamian za pełny brzuch i miejsce do spania? — Celowo mówił prostymi słowami, by dzieciaka nie wystraszyć.
— No dobra, spróbuję – Jem powiedział po namyśle.
Rozluźniłem uścisk i sięgnąłem do kieszeni. Wyjąłem kilka banknotów, które podałem pastorowi. Następnie wręczyłem mu swą wizytówkę.
— Proszę wypisać potrzeby parafii, a mój zarządca zajmie się wszystkim.
— Gdyby tylko wiedział pan, ile to znaczy dla tych dzieci i dla mnie. — Uścisnął mocno moją dłoń, wyraźnie wzruszony.
Chciałem już wyjść, gdy Sakura pociągnęła mnie za rękaw. Spojrzałem na nią, a widząc jej błagalne spojrzenie, zastanowiłem się, o czym zapomniałem. Uniosłem brew, a ona raczyła mnie oświecić.
— Odzież. — Zapomniałem, że sama wychowywała się na plebani, więc znała aż nadto problemy biedoty. Stwierdziłem, że każdego dnia dowiaduję się o niej czegoś nowego. Wiedziałem, że miała gorące serce i była hojna. Teraz przekonałem się, że myśli bardzo praktycznie.
— Odzież! Tak, oczywiście, musimy zadbać i o to — zgodziłem się i zwracając się do pastora, poprosiłem: — Niech pan poda przybliżone koszty. Na razie tych kilka banknotów powinno zaspokoić bieżące potrzeby.
— Jest pan bardzo hojny. Niech pana Bóg błogosławi — powiedział pastor drżącym głosem.

###

Nie odezwałam się ani słowem, dopóki nie wsiedliśmy do kariolki i nie ruszyliśmy.
— Nie wiem, co też pan sobie o mnie myśli — zaczęłam przepraszać. — Zawsze udaje mi się wydać pańskie pieniądze. Mam nadzieję, że stać pana na pomoc dla tej parafii? — dodałam przerażona. — Czy nie przesadziłam z tymi wydatkami?
Hatake zaśmiał się głośno, rozwiewając moje obawy.
— Moja droga, nie jestem bogaty jak nabab, ale zapewniam cię, że niewiele mi brakuje. Nawet gdyby dane nam było żyć kilka razy, nie uszczuplilibyśmy mego majątku i jestem pewien, że i moi synowie odziedziczą tyle, że starczy im na wygodne życie.
Oczy otworzyły mi się szerzej na dźwięk czułego słówka, chociaż przypisałam je raczej nawykowi. Zastanowiła mnie jednak sprawa synów. Czy naprawdę sądził, że pewnego dnia...? Przeszedł mnie dreszcz podniecenia, jednak zdrowy rozsądek kazał zaczekać i upewnić się. Przeszłam, więc na tematy ogólne, rozkoszując się tą podróżą. Kakashi przytomnie odpowiadał na moje pytania. Wkrótce również dogoniliśmy powóz, by po chwili go wyprzedzić.
        Wiał lekki wiatr, a ja nie mogłam nacieszyć się zapachem wiosny i ciepłego słońca. Byłam zadowolona, że udało nam się pomóc Jemowi i wielu innym dzieciom.


Ohayo!
Gome, że spóźniona, ale troche się działo.
Rozdział króki, ale mimo to wstawiam tak, ponieważ kolejny będzie ostatnim. I  na ten ostatni zostawmy wszytkie wydarzenia w Hatake Hal ;)
Teraz biorę sie za Are you Mine? i razem z Yumi za War of Change, ale nie mam zamiaru zostawiać rozdziałów na tego bloga bez opieki. Chcę w końcu ruszyć swój leniwy zadek i dokończyć dwie miniaturki. A to oznacza, że na ostatni rozdział Małżeństwa poczekacie conajmniej do wrzesnia -> Wiem, jestem wredna.
To by było na tyle, pozdrawiam wsyztskci hcieplutko i do nastepnego ;D


PS.Zapraszam na mojego Facebook'a. Trochę więcej informacji niż tutaj :)